Kiedy koledzy
opowiadali swoje
wrażenia z pierwszej wizyty w Lubiatowie, mocno żałowałem, że nie
mogłem się wtedy
z nimi zabrać. Tym bardziej ucieszyłem się na zapowiedź kolejnych
manewrów, w
tym miejscu, w październiku. Tym razem skład wyprawy to Karol, Przemek,
Biały,
Pitt oraz ja. Karol odebrał nas z Wejherowa i pojechaliśmy samochodem
do celu.
W międzyczasie słuchałem opowieści z lipca, snuliśmy plany na obecną
oraz
raczyliśmy się przyciężkawym, wojskowym humorem.
Po
przybyciu na miejsce, okazało się, że pogoda jest podobna do tej w
lipcu. Całe
szczęście, że mniej padało. Omówiliśmy plan. Po zarządzonej zbiórce,
sformowaliśmy kolumnę i pomaszerowaliśmy do lasu, w kierunku dawnej
jednostki
wojskowej. Podczas marszu lasem przećwiczyliśmy marsz ubezpieczony,
osłaniając
kolumnę z boków, oraz wysyłając szperaczy przed maszerujących. Z powodu
skromnej obsady, po wystawieniu wszystkich ubezpieczeń, kolumna
składała się nawet
z 1 strzelca. Marsz przerywaliśmy, kilkukrotnie, na sesje zdjęciowe.
Nie żebyśmy
byli „narcyzami”, po prostu staraliśmy się przygotowywać zdjęcia na
stronę
internetową (o której już wtedy myśleliśmy) oraz do naszych prywatnych
galerii
(czasem rodzinka chciałaby nas zobaczyć w mundurze – a nie będziemy się
za
każdym razem ubierać w to wszystko...). Każdy też chciał mieć jakieś
porządne
zdjęcie, na avatary, na fora internetowe.
Przeszliśmy
las i doszliśmy do opuszczonej bazy jednostki przeciwlotniczej. Po
zwiedzeniu
pozostałości, poćwiczyliśmy alarmowe wybieganie ze schronu. To nie
takie łatwe,
przeciskać się przez wąskie przejście w pełnym oporządzeniu.
Następnie
wydmami poszliśmy w kierunku plaży.
Po dojściu nad wodę postanowiliśmy
poćwiczyć ataki bronią z bagnetem. Do tego celu znaleźliśmy spory
pieniek.
Wielokrotnie go atakowaliśmy z dzikim okrzykiem na ustach. Chyba nie
było tak
źle, bo pieniek wygrał tylko raz. Pamiątkowe zdjęcie (pieniek był tym
razem
statywem) i poszliśmy dalej, wzdłuż plaży.
Niestety pogoda się zaczęła psuć. Deszcz był jednak tylko
pretekstem do powrotu – byliśmy głodni i zmęczeni. W naszej „bazie”
(domek
kolegi) zrobiliśmy sobie ucztę z konserw mięsnych i warzywnych na
ciepło.